2009-08-01, ostatnia aktualizacja 2009-10-25 20:36

Kryzys

Fot. www.sxc.hu

Fot. www.sxc.hu

Miesiąc temu, a może już nieco wcześniej, poczułem się wybitnym ekspertem w dziedzinie ekonomii, biznesu i finansów. Kryzys zaczął właśnie gnębić amerykańskie banki, a u nas media wszczęły dyskusje o tym, czy dotrze on także do Europy i Polski. Wypracowanie własnej odpowiedzi na to strategiczne pytanie nie kosztowało mnie wiele i nawet nie byłem z niej szczególnie dumny, aż nagle zauważyłem, że jest ona identyczna z tym, co twierdzą najbardziej utytułowane autorytety we wspomnianych na wstępie dziedzinach. Moja odpowiedź brzmiała: nie wiem. Ten okres jednomyślności dość szybko minął, gdy trzeba było już komentować nie tyle sam kryzys, co konkretne kryzysowe fakty i decyzje, mające im przeciwdziałać. Wybitni znawcy przedmiotu różnili się w ocenach coraz bardziej, a ja przestałem cokolwiek rozumieć.

Początkowo sprawa zdawała się dotyczyć wyłącznie amerykańskich kredytów mieszkaniowych, udzielanych ponoć masowo, choć nietrafnie pod zastawy hipoteczne. Znaczna część dłużników okazała się niewypłacalna, mieszkania i domy, jak można się domyślać, przeszły na własność wierzycieli, ale nikły popyt na nie sprawił, że straciły na wartości. Można współczuć wszystkim partnerom tych chybionych transakcji lub tylko niektórym, lecz cóż złego może przez nie spotkać ludzi, którzy mieszkań nie kupują ani nie sprzedają, jak również nie pracują w tych lekkomyślnych amerykańskich bankach?

Tak to wygląda na zdrowy rozum, ale nie wszystkie rozumy są zdrowe. Dlatego pewna część osób fizycznych i prawnych doszła do wniosku, że nie ma racjonalnych powodów, by przestać "robić swoje", lecz pozostałych ogarnęła panika roznoszona po świecie wszelkimi kanałami przekazu "informacji". Dowiadujemy się co chwilę o coraz bardziej zaskakujących "przejawach globalnego kryzysu". Gdzieś w modnym dotychczas turystycznym regionie, w związku z "przewidywanym" spadkiem liczby sezonowych gości, zrezygnowano z utrzymywania sławnych lokalnych atrakcji. Słyszy się o bankach, które "z ostrożności" postanowiły nie udzielać kredytów, o firmach handlowych radykalnie zmniejszających swe budżety reklamowe lub ograniczających wydatki na potrzebne inwestycje, o wielkich korporacjach polecających swym pracownikom opracowywanie planów antykryzysowych kosztem bieżącej działalności... Na szczęście nie ma jeszcze doniesień o warsztatach wstrzymujących na wszelki wypadek przyjmowanie klientów.

Zdarza się, że komuś faktycznie się nie wiedzie, choć na ogół nie ma to związku z rzekomo wszechobecnym kryzysem. Inni popadną w kłopoty na zasadzie samospełniających się przepowiedni. Jasne, że turyści nie pojadą tam, gdzie nie ma po co, bank bez kredytów niczego nie zarobi, towar sam się nie sprzeda, jak też nic nie wynagrodzi zmarnowanego czasu i rozwojowych szans. Co więc właściwie próbują uratować ludzie dotknięci epidemią nierozsądnych kroków? Wydaje się, że pieniądze. Tymczasem każdy kryzys, czy to prawdziwy, czy też urojony, zasoby finansowe psuje przede wszystkim, także te, a nawet zwłaszcza te - głęboko schowane.



Marian Kozłowski
Redaktor naczelny Miesięcznika Branżowego Autonaprawa

Tagi

Kryzys  Felieton 


 

Wasi dostawcy

Podobne

Polecane