2011-10-14, ostatnia aktualizacja 2011-10-14 11:47

Muzykanci

Fot. sxc.hu

Fot. sxc.hu

Między muzyką i techniką podobieństw jest znacznie więcej, niż się na ogół sądzi. W jednej i drugiej dziedzinie zdarzają się eksperci, twórcy lub wykonawcy nieudaczni, choć imponująco wykwalifikowani, i utytułowani obok genialnych samouków, a wśród ludzkich dokonań, po obu stronach dominującej przeciętności równie często powstają arcydzieła, jak buble. Talent muzyczny lub techniczny jest darem intuicyjnego dostrzegania i rozumienia wewnętrznej złożoności struktur na pozór jednolitych. Z tym trzeba się urodzić, ale z drugiej strony sam talent nie zapewnia sukcesu, bo nie rozwijany - marnuje się i zanika.

Talenty rodzą się zgodnie z łacińską zasadą spirytus flat ubi vult (duch tchnie, gdzie chce), co w praktyce oznacza losowo sprawiedliwy rozkład. Wydawać się może, iż poszczególne nacje obdarzane są nimi nierówno, ale to nie skutek dysproporcji w ich występowaniu, co raczej w skutecznym odnajdywaniu. W naszej narodowej tradycji związane z tym kompleksy próbowała łagodzić patriotyczna literatura, w tym powszechnie znany wiersz Stanisława Jachowicza „Cudze chwalicie, swego nie znacie…”, lub pamiętna nowela Henryka Sienkiewicza „Janko muzykant”. Płynęły stąd wnioski ku pokrzepieniu serc, że mamy swe rodzime, niepowtarzalne skarby, a równocześnie ku przebudzeniu sumień, by ktoś (bliżej nieokreślony) w tej sprawie zaczął coś robić.

W przypadku zapomnianych twórców polskiej motoryzacji mamy sytuację w zasadzie podobną, z tą jednak różnicą, że ich nazwiska i dzieła są publicznie znane i doceniane bez żadnych zastrzeżeń, tylko nie doczekały się należnego poparcia ze strony „czynników” decydujących o ich dalszych losach. Fakt ten tłumaczony jest u nas zazwyczaj interesami jakichś wrogich sił zewnętrznych lub wewnętrznych, uparcie zmieniających nasze godne pozazdroszczenia osiągnięcia w nieprzerwane niemal pasmo rzekomo zmarnowanych szans. 

I tak świetnie rokujące prace naszych międzywojennych konstruktorów samochodów zostały ponoć brutalnie przerwane przez podjęcie w Polsce licencyjnej produkcji Fiata 508. Nieważne, iż w tym momencie nasz narodowy dorobek stanowiło zaledwie kilka prototypów, zbudowanych niezależnie przez różne inżynierskie zespoły niedysponujące możliwością ich seryjnego wytwarzania. To nic, że ówczesne warunki ustrojowe dawały pełną swobodę rozwijania konkurencyjnych projektów. Łatwiej całą winą obarczyć Fiata i nie wdawać się w niewygodne szczegóły.

Okres PRL do czasu ponownego zakupu włoskich i francuskich licencji nie imponuje ani ilością i jakością wytwarzanych w kraju modeli, ani też liczebnością ich produkcyjnych serii. Wiele natomiast powstało w tym czasie legend o technicznych rewelacjach więzionych podobno (wiadomo przez kogo) w projektowych pracowniach Żerania, Bielska-Białej, Starachowic, Jelcza i Sanoka. Były to jednak, łagodnie mówiąc, pogłoski słabo związane z faktami. Równolegle z nimi rozwijał się nurt medialnych doniesień na temat „epokowych” wynalazków innych technicznych Janków muzykantów, czyli  jakichś turbinek, silników na wodę, superbezpiecznych zderzaków i wspaniałych konstrukcji polskich samochodów tańszych niż rowery… Wszystko to zniszczyła zazdrosna zmowa profesjonalistów z całego świata.

Jaka jest więc prawda o naszych samorodnych talentach? Ano taka, jak i gdzie indziej, czyli po prostu różna. Wielu mamy „muzykantów” obdarzonych silnym głosem, choć pozbawionych słuchu. Są też rzadkie przypadki wybitnych uzdolnień wykorzystywanych jednak przeważnie w zagranicznych firmach. Dlaczego nie u nas? Chyba z tej samej przyczyny, dla której fenomenalny Sienkiewiczowski Janko sam byłby zdegustowany swą grą na skrzypkach własnoręcznie wykonanych z gonta.



Marian Kozłowski
Redaktor naczelny Miesięcznika Branżowego Autonaprawa



Wasi dostawcy

Podobne

Polecane