2009-10-13, ostatnia aktualizacja 2009-10-13 12:39

Biznes i gra

Biznes i gra

Fot. DeviantArt, MrBiGp

Biznes i gra

Autorzy firmowych informacji rozsyłanych do różnych redakcji coraz częściej nazywają swe macierzyste korporacje graczami. Piszą na przykład, że firma X jest czołowym (wiodącym, wybijającym się lub kluczowym) graczem na rynku światowym, europejskim, krajowym itp. Chodzi zapewne o podkreślenie jej potencjału, prestiżu i osiąganych wyników ekonomicznych, co byłoby skądinąd najzupełniej normalne, gdyby nie to słowo gracz, zapożyczone z nieznanych powodów z jakichś całkiem innych sfer ludzkiej działalności. Nie jest to raczej kolejny przejaw wciąż utrzymującej się mody na przywoływanie rozmaitych analogii sportowych, ponieważ w sporcie akurat tego słowa używa się rzadko, a jeśli już, to wyłącznie w odniesieniu do zawodników uczestniczących w grach zespołowych. Można (od biedy) powiedzieć, że drużyna piłkarska składa się z jedenastu graczy, ale już nazwanie np. Adama Małysza najlepszym polskim graczem skoków narciarskich brzmi całkiem niestosownie. Rynkowa rywalizacja firm może pod pewnymi względami przypominać zmagania sportowe, lecz firmy z reguły nie konkurują ze sobą zespołowo.

Gracz w potocznym języku kojarzy się przede wszystkim z hazardem, czyli grą, w której o sukcesie decyduje głównie przypadek. Czy jest miejsce na coś takiego w jakiejkolwiek poważnej działalności gospodarczej? Zdarzają się tu, co prawda, pomyślne lub przykre niespodzianki, lecz głównym prawem rządzącym rynkami jest rachunek ekonomiczny, a nie rachunek prawdopodobieństwa. Wielkie firmy zajmujące się wytwarzaniem lub dystrybucją dóbr poświęcają wiele pieniędzy i pracy na stałe doskonalenie się w swych specjalnościach. Producent zabiega o to, by tworzyć dobra coraz bardziej funkcjonalne, lepsze pod względem jakości i tańsze. Handlowiec śledzi potrzeby swych realnych i potencjalnych klientów, by do nich dostosowywać ofertę, warunki i formy sprzedaży. Dla obu wartością cenniejszą niż kapitał jest pracowicie zdobyta opinia solidnej i kompetentnej firmy lub marki, budząca zaufanie u wszystkich partnerów. Rynkowi gracze dowolnie zmieniający profil swej działalności na zasadzie obstawiania aktualnych koniunktur (od części samochodowych do przetworów owocowych) nie mają czego szukać w takim towarzystwie.

Podmioty grające w ten sposób swą niezbyt określoną tożsamością mogą funkcjonować (zwykle dość krótko) na rynkach dopiero powstających lub na marginesach rynków już dojrzałych. W Polsce mieliśmy swego czasu sporo takich przykładów rynkowej gry bez piłki, ale trudno podejrzewać ludzi kształtujących wizerunki współczesnych, renomowanych już firm o świadome nawiązywanie do tamtych niechlubnych tradycji. Termin gracz rynku trafił do tworzonych przez nich informacji bezpośrednio z ekonomicznych artykułów w gazetach. Piszą je ludzie, którzy swą główną, a często jedyną wiedzę o gospodarce czerpią ze śledzenia i relacjonowania notowań giełdowych.

Na giełdach rzeczywiście można grać równie łatwo, jak w trzy karty, lotto lub jednorękiego bandytę i najczęściej z podobnie negatywnym skutkiem. Obstawiając na wyczucie tajemniczo brzmiące nazwy spółek czasem się wygrywa, choć częściej przegrywa, gdyż nie jest to bynajmniej zabawa non profit. Można jednak świadomie inwestować, licząc na udziały w zyskach w firmach o stabilnym rozwoju i budzących zaufanie rynkowych perspektywach. Tu jednak trzeba nie szczęścia, lecz solidnej wiedzy i postawy nie gracza, lecz poważnego wspólnika, którym jest de facto każdy posiadacz akcji. Pamiętać również warto, że rozsądni ludzie w spółki z graczami nie wchodzą.



Marian Kozłowski
Redaktor naczelny Miesięcznika Branżowego Autonaprawa



 

Wasi dostawcy

Podobne

Polecane